Skąd się wzięły cętki na lamparcie
Na początku, kiedy świat był całkiem nowy, Lampart i Etiopczyk żyli na wielkiej, suchej równinie. Wszystko tam było żółte jak piasek i brązowe jak kurz: trawa, ziemia, niebo w skwarze – i zwierzęta też. Żyrafy były w jednolitym kolorze, zebry były w jednolitym kolorze, antylopy były w jednolitym kolorze. Lampart był żółtobrązowy jak ciepły piasek, a Etiopczyk był brązowy od kurzu słońca i wiatru. Ta dwójka była najzręczniejszymi myśliwymi na równinie.
Każdego ranka skradali się razem. „Na kogo masz dziś ochotę?” – pytał Lampart.
„Może na zebrę, może na żyrafę” – odpowiadał Etiopczyk. I prawie zawsze dostawali to, czego chcieli, ponieważ ich kolory pasowały do równiny idealnie. Łatwo było się ukryć tam, gdzie wszystko wyglądało tak samo.
W końcu żyrafy, zebry i wszyscy inni zmęczyli się tym, że zawsze ich znajdowano. Pewnej nocy szeptali do siebie: „Przeprowadźmy się. Poszukajmy cienistego lasu, gdzie światło gra, a ziemia jest upstrzona słońcem”. Poczłapali i potruchtali daleko od otwartej równiny, między drzewa i krzaki, gdzie słońce padało w paski i kropki na ziemię.
Kiedy nadszedł ranek, Lampart i Etiopczyk skradali się jak zwykle. Ale równina była cicha. Żadnych śladów kopyt, żadnych szeleszczących liści, żadnych długich szyj wystających ponad trawę.
„Gdzie oni poszli?” – zapytał Lampart.
„Nie wiem” – powiedział Etiopczyk. „Musimy poszukać”.
Szukali jeden dzień, i kolejny, i kolejny. Szukali, aż ich łapy i stopy były zmęczone, ale nic nie znaleźli. Wtedy spotkali starego, mądrego pawiana siedzącego na kamieniu na skraju lasu. Mrugał powoli i powiedział: „Wiem, czego szukacie, i wiem, dlaczego tego nie znajdujecie”.
„Powiedz nam” – błagał Etiopczyk. „Jesteśmy głodni i nic nie rozumiemy”.
„Poszli w cień” – powiedział pawian. „Do wielkiego lasu, gdzie światło staje się paskami i plamami. A wy, wy wciąż chodzicie, jakby świat był równy i piaszczysty. Jeśli chcecie ich znaleźć, musicie iść tam, gdzie są. I musicie się zmienić, tak jak oni się zmienili. To rada od kogoś, kto zna cienie”.
Lampart spojrzał w ciemne drzewa. „Zmienić się? Jak?”
„Idźcie i zobaczcie” – powiedział pawian. „Już powiedziałem wystarczająco dużo”.
Lampart i Etiopczyk weszli do lasu. Było tam chłodno. Słońce przesączało się przez liście i kładło jasne plamy na ziemi. Pnie drzew rysowały pasy w poprzek ścieżki. Światło zmieniało się z każdym krokiem, jakby ktoś malował ziemię pędzlem, który nigdy nie stał w miejscu.
„Czuję zapachy” – szepnął Lampart. „Są tutaj. Ale ich nie widzę”.
Coś zaszeleściło. Para nóg przebiegła obok – ciemne, jasne, ciemne, jasne – i zniknęła. Długa szyja pojawiła się i stała się plamami, które rozpłynęły się między cieniami.
„Wyjdźcie i pokażcie się!” – zawołał Lampart. „Bądźcie uprzejmi dla starych przyjaciół!”
„Chodźcie tutaj i złapcie nas, jeśli potraficie!” – odpowiedział głos i zaśmiał się. Pasiasty grzbiet zamigotał i znów stał się cieniem.
Etiopczyk przykucnął i patrzył uważnie. Widział, jak światło pada w paski na pniu, jak liście krzaków robią kropki na ziemi. Przejechał ręką po ziemi i znalazł sadzę ze starego obozowiska. Zmieszał sadzę z odrobiną wilgotnej gliny w gęstą farbę.
„Co robisz?” – zapytał Lampart.
„Zmieniam się” – powiedział Etiopczyk. „Pawian miał rację. Świat tutaj nie jest światem równiny. Jeśli mam się w niego wtopić, muszę przybrać kolor lasu”.
Rozsmarował ciemną miksturę na swojej skórze, powoli i ostrożnie, aż stał się głęboki i lśniący jak cień między drzewami. Lampart zamrugał.
„Teraz ledwo cię widzę!” – wykrzyknął. „Jeśli staniesz nieruchomo w cieniu, jesteś jak sama noc. Czy możesz zrobić coś także dla mnie?”
„Całkiem ciemny nie powinieneś być” – powiedział Etiopczyk. „Potrzebujesz języka lasu na swoim futrze. Paski pasują temu, kto biega między pniai. Ale ty skradasz się w cichej krainie plam. Więc będziesz miał cętki”.
Zanurzył opuszki palców w ciemnej farbie. „Stój spokojnie” – poprosił. „I nie uciekaj, gdy będzie łaskotać”.
Przycisnął pięć opuszki palców miękko do żółtego futra Lamparta: pięć małych kropek naraz. Na grzbiecie, na bokach, na nogach, na ogonie. Cętki tu, cętki tam, cętki wszędzie, gdzie światło cienia mogłoby zostać przełamane. Lampart czasem chichotał, gdy łaskotało, ale stał spokojnie.
„Spójrz na siebie” – powiedział w końcu Etiopczyk. „Stań pod tą cętkowaną plamą światła słonecznego”.
Lampart wślizgnął się w pole światła i cienia. Nagle był widoczny tylko w połowie, jakby był zrobiony z cętkowanego słońca. „Znikam!” – szepnął szczęśliwy. „Jestem lasem!”
„Więc jesteśmy gotowi” – powiedział Etiopczyk.
Kiedy skradali się dalej, las był pełen tajemnic. Ale teraz oni też byli tajemnicą. Znowu widzieli pasiaste grzbiety, ale tym razem podeszli bliżej, cicho jak spadające liście. Widzieli cętkowane nogi, ale teraz wiedzieli, jak stać w plamie światła. A kiedy nadeszło południe, nie byli już głodni.
Od tego czasu wszystko jest tak, jak widzisz to dzisiaj. Zebra nosi swoje paski, bo światło lasu narysowało je na jej ciele. Żyrafa nosi swoje duże plamy, bo cętkowane słońce stało się jej najlepszą kryjówką. A Lampart nosi swoje cętki, bo przyjaciel z pięcioma opuszkami palców wcisnął je na niego, dokładnie tam, gdzie tańczą cień i światło. Etiopczyk stał się ciemny jak sam las, bo tam cień jest często najbezpieczniejszym płaszczem.
Jeśli zapytasz naprawdę starego pawiana, dlaczego takie rzeczy się wydarzyły, może tylko mrugnąć i powiedzieć: „Kiedy świat się zmienia, czasem musisz zmienić się z nim. A jeśli kiedykolwiek staniesz na leśnej ścieżce, gdzie słońce strumieni przez liście, a ziemia wygląda jak skóra lamparta, wtedy będziesz wiedział dlaczego”.









