Sinobrody
Pewnego razu był bardzo bogaty człowiek, którego broda była dziwnie, lśniąco niebieska. Ludzie nazywali go Sinobrodym. Jego domy były wspaniałe, szafy pełne jedwabi i srebra, a stajnie mieściły najwspanialsze konie. Ale wszyscy szeptali, że jego żony ciągle znikały. Niektórzy mówili, że ma pecha. Inni czuli dreszcz, widząc tę siną brodę, i zastanawiali się, jakie sekrety skrywa.
Sinobrody mieszkał w pobliżu damy, która miała dwie córki. Poprosił o rękę jednej z nich. Obie siostry początkowo bały się z powodu jego dziwnej brody i plotek o nim. Aby pokazać, że potrafi być miły, Sinobrody zaprosił rodzinę do swojego wiejskiego domu na cały tydzień. Urządzał pikniki pod drzewami i tańce przy świecach. Opowiadał zabawne historie i dawał drobne prezenty. Pod koniec wizyty młodsza siostra, która była bystra i ciekawska, pomyślała: Może on nie jest taki zły, i zgodziła się go poślubić.
Przez pewien czas żyli spokojnie. Sinobrody traktował swoją nową żonę wykwintnymi kolacjami i przyjaznymi słowami. Wtedy, pewnego dnia, powiedział: — Muszę wyjechać na jakiś czas. Oto klucze do wszystkich moich pokoi. Ciesz się wszystkim. Zaproś swoich przyjaciół. Zobacz moje skarby! Na pierścieniu z kluczami był jeden mały klucz, malutki, który lśnił jak kropla wody. Sinobrody stuknął w niego i dodał: — Ten otwiera mały schowek na końcu długiego korytarza na górze. Nie możesz otwierać tych drzwi. Jeśli to zrobisz, będę bardzo zły. Jego żona obiecała być posłuszna. Pocałował ją w rękę i odjechał.
Gdy tylko wyjechał, młoda żona zaprosiła swoją siostrę, siostrę Annę, i ich przyjaciół w odwiedziny. Chodzili po pięknych pokojach z malowanymi sufitami i dywanami miękkimi jak mech. Były tam lustra wysokie jak ściana, naczynia ze złota i szafki wypełnione klejnotami. Przyjaciele śmiali się i klaskali w dłonie, a panna młoda na chwilę zapomniała o małym kluczu w kieszeni. Ale kiedy goście byli zajęci kosztowaniem ciast i podziwianiem sukien, obietnica szarpała ją za serce. Pomyślała: Jaka to szkoda zajrzeć na chwilę? Nikt się nie dowie. Cicho wymknęła się, weszła na koniec długiego korytarza i stanęła przed małymi drzwiami.
Jej ręka drżała. Mimo to włożyła malutki klucz do zamka. Drzwi otworzyły się z cichym westchnieniem. Wewnątrz było ciemno i zimno. Początkowo nic nie widziała wyraźnie. Potem wpatrzyła się — i sapnęła. W pokoju leżały kobiety, które były żonami Sinobrodego przed nią, ciche i nieruchome. Podłoga była poplamiona na ciemno. Strach ją zalał. Upuściła mały klucz. Wylądował ze stuknięciem i cichym pluskiem. Z sercem bijącym jak młot, chwyciła go, uciekła z pokoju i przekręciła klucz w zamku drżącymi palcami. Na dole pobiegła do miednicy i umyła klucz. Szorowała i szorowała. Ale bez względu na to, jak tarła, ciemny ślad nie schodził. To było tak, jakby sam klucz pamiętał, co widział.
Tego samego wieczoru Sinobrody wrócił wcześniej, niż oczekiwano. — Jakże się cieszę, że widzę cię zdrową! — powiedział, uśmiechając się ze swoją siną brodą lśniącą. Poprosił o klucze. Oddała mu wszystkie, oprócz małego, który ukryła w kieszeni. — A mały klucz? — powiedział cicho. — Przynieś mi go też. Zbladła i dała mu go, mając nadzieję, że nie zauważy. Ale zauważył. Zobaczył ciemną plamę i jego twarz stwardniała. — Weszłaś do tego pokoju — powiedział. — Złamałaś obietnicę. Teraz musisz tam iść też, tak jak inne. Młoda żona padła mu do stóp i błagała: — Proszę, daj mi trochę czasu na modlitwę i pożegnanie z moją siostrą. Sinobrody przerwał, po czym powiedział: — Masz kwadrans, ani minuty dłużej.
Pobiegła na najwyższą wieżę, gdzie siostra Anna stała, obserwując okolicę. Zanim Sinobrody wyjechał w podróż, młoda żona potajemnie wysłała wiadomość do swoich dwóch braci, obu dzielnych żołnierzy, prosząc ich o odwiedziny tego dnia. Teraz ścisnęła rękę Anny i szepnęła: — Siostro Anno, siostro Anno, czy widzisz kogoś nadchodzącego? Anna osłoniła oczy. — Nie widzę nic poza słońcem, które świeci, i trawą, która rośnie. Minuty wydawały się tykać coraz głośniej i głośniej. Kroki zabrzmiały na schodach poniżej. — Siostro Anno, siostro Anno, czy widzisz kogoś nadchodzącego? — Widzę chmurę kurzu — powiedziała Anna — ale nie potrafię powiedzieć, czy to jeźdźcy, czy wiatr. Kroki zbliżały się. Sinobrody zawołał w górę: — Twój czas minął! Głos młodej żony drżał. — Siostro Anno, siostro Anno, czy widzisz kogoś nadchodzącego? Anna wychyliła się tak daleko, jak się odważyła. — Tak! Widzę dwóch jeźdźców, ich zbroje lśnią w słońcu. Galopują mocno. Myślę, że to nasi bracia!
Sinobrody wpadł do pokoju z wyciągniętym mieczem. — Zejdź na dół — ryknął. — Teraz! Młoda żona uklękła i błagała: — Jeszcze tylko jedna chwila! Sinobrody podniósł miecz. Właśnie wtedy drzwi na dole otworzyły się z hukiem. Buty zadudniły na schodach. Z krzykiem dwaj bracia wpadli do środka, błyskając mieczami. Wskoczyli między swoją siostrę a Sinobrodego. Nastąpił zacięty szczęk stali. Sinobrody był silny i dziki, ale był sam, a jego okrutne czyny doprowadziły go tutaj. W jednej chwili został powalony. Nikogo więcej już nie skrzywdzi.
Młoda żona została ocalona. Ponieważ Sinobrody nie miał spadkobierców, odziedziczyła wszystkie jego domy, pola i skarby. Wykorzystała bogactwo życzliwie. Dała posag swojej starszej siostrze, która wkrótce poślubiła dobrego człowieka. Pomogła swoim braciom zostać oficerami i honorowymi żołnierzami. Później, gdy jej serce znów poczuło się pewnie, wyszła za mąż za łagodnego męża, który mówił prawdę i dotrzymywał obietnic. Ona i siostra Anna często spacerowały razem w słońcu i nigdy nie zapomniały, jak odwaga, jasne myślenie i pomoc rodziny przeprowadziły je przez bardzo ciemne drzwi.










