Pieśń nocy
Kiedy księżyc rzucił srebro na bagnow, a cienie sosen stały się długie jak szepty, niskie buczenie zaczęło wypełniać powietrze. Dochodziło znikąd i zewsząd naraz, jakby sama noc śpiewała przez słomę i trzcinę. Małe zwierzęta wpełzły głębiej do swoich nor, ale trójka przyjaciół nadstawiła uszu i oczu: lisek Loke, borsuk Maj i jeż Vilda.
„Słyszycie?” – powiedział Loke, pozwalając uszom drżeć. „Brzmi jak brzuch olbrzyma”.
„Albo jakby wiatr utknął” – odpowiedziała Maj, próbując zapachu w ziemi. Była powolna, ale bystra, z łapami, które potrafiły wyczuć, co wiedziała ziemia.
Vilda delikatnie odsunęła liść nosem. Była mała, ale odważna, a jej kolce mieniły się jak gwiezdne szpikulce. „Jeśli dowiemy się, co to jest, może maluchy odważą się spać. Nie mogę uznać się za zmęczoną, kiedy tak buczy”.
Trójka przyjaciół przypieczętowała swoje ciche porozumienie tam przy pniu: podążą za dźwiękiem do jego źródła, jakkolwiek daleko poniesie ich przez miękkie serce bagna. Loke będzie słuchał swoim najlepszym słuchem, Maj będzie czytać ślady w glinie, a Vilda zapamięta drogę do domu.
Wyszli cicho. Powietrze nocy było chłodne i pachniało żywicą, wilgocią i czymś zupełnie własnym, cichym napięciem, które łaskotało wąsy. Robaczki świętojańskie mrugały głęboko w trawie, jakby ktoś rozsypał małe lampki na ziemi. Kanał bobra leżał jak ciemna wstęga między wysepkami kęp, a każdy krok musiał być stawiany ostrożnie. Loke chciał pędzić, ale szybko nauczył się, że bagno lubi łagodność, nie prędkość.
„Małe kroki, Loke” – powiedziała Maj, stawiając swoją szeroką łapę na stabilnej kępie. „Nie słuchaj tylko dźwięku. Poczuj, jak ziemia odpowiada”.
„Liczę” – powiedziała Vilda, robiąc jeden bagienny krok na raz. „Jeden, dwa, trzy... Kolce wskazują właściwą drogę”.
Buczenie zmieniło się. Czasami pogłębiało się jak westchnienie śpiącego niedźwiedzia, czasami wznosiło się i stawało jasne jak mucha w oknie. Podążali za wibracjami, jakby były nićmi, których można się trzymać. Raz łapa Lokego ześlizgnęła się między kępy trawy i zimna woda bagienna zassała go, ale Maj tam była, ciężka i stabilna, i wyciągnęła go z chichotem.
„Dzięki” – powiedział Loke, strząsając krople wody z ogona jak diamenty. „Pójdę uszami naprzód, a łapami w drugiej kolejności”.
Dźwięk zaprowadził ich do olchy z korzeniami czepiającymi się krawędzi strumienia. Wiatr gwizdał przez gałęzie, ale buczenie było najsilniejsze nisko przy ziemi, gdzie korzenie tworzyły małą jaskinię. Loke wskazał nosem. „Tam w środku!”.
Podpełzli bliżej i zobaczyli, jak coś słabo lśni w świetle księżyca. Szklana butelka leżała zaklinowana między korzeniami. Wiatr przeciskał się przez szyjkę butelki i zamieniał ją w gigantyczną muszlę; śpiewała. Ale to nie był tylko wiatr. Wewnątrz butelki, pośród kropel wody i splątanej, błyszczącej nici, coś ciemnego drżało.
„Czekaj” – szepnęła Maj. „To żyje”.
To był nietoperz, mały jak dłoń, ale ze skrzydłami, które składały się jak własny płaszcz nocy. Jedna noga była zaplątana w cienką żyłkę wędkarską, która wcięła się w skórę. Za każdym razem, gdy próbował wstać, skrzydło uderzało w szkło z żałosnym ping.
Vilda wstrzymała oddech. „Jest wystraszony. I ja też, trochę. Ale razem jesteśmy większi niż strach”.
Maj kiwnęła głową. „Musimy być teraz zarówno delikatni, jak i mądrzy. Szkło jest twarde, nić ostra, a nietoperz kruchy”.
Ułożyli plan. Vilda była najmniejsza i mogła podejść najbliżej, nie blokując otworu. Maj, która miała siłę, przytrzymałaby butelkę stabilnie, żeby się nie turlała. Loke, ze swoim wąskim nosem i oczami, które widziały szczegóły nawet w półmroku, chwyciłby nić ostrą trzciną, którą zerwał przy strumieniu.
„Oddychaj powoli” – szepnęła Vilda do nietoperza, napotykając jego błyszczące, czarne oczy. „Jesteśmy przyjaciółmi”.
Maj wcisnęła butelkę w łoże z gliny, tak że stała nieruchomo. Buczenie stało się silniejsze od całej ich bliskości, ale pozwolili mu być, jak mocne bicie serca. Loke ostrożnie wsunął trzcinę, zagiął ją pod nicią i uniósł. Czuł, jak zagłębia się w nić, jak każdy mały ruch coś znaczy. Vilda przytrzymała skrzydło, żeby nie uderzało, delikatniej niż chmura. To trwało. Wiatr kołysał się i komary śpiewały swoje własne małe piosenki, ale przyjaciele nie puszczali swojego zadania.
Nagle nić ustąpiła. Cienka żyłka zwolniła swój uścisk z szybkim, lekkim stuknięciem, a nietoperz zassał powietrze do swojego ciała jak żagiel wypełniający się wiatrem. Buczenie ucichło, gdy butelka została lekko przetoczona na bok i wiatr nie uderzał już idealnie.
Nietoperz został przez chwilę, drżąc. „Dziękuję” – pisnął głosem tak cienkim, że tylko noc i przyjaciele mogli słyszeć. „Leciałem za księżycem i zaplątałem się w zapomniany sznurek ludzi. Myślałem, że pieśń nocy była moją ostatnią”.


























