Parada Kamyków
To był jasny, wietrzny dzień w Ruchliwej Zatoce, a pingwiny wyskakiwały ze swoich śnieżnych drzwi jak wesołe małe guziki.
Pippa była najmniejszym pingwinem w swojej gromadzie, ale jej pomysły były wielkie jak błękitne niebo. Kochała kamyki – te gładkie, te nakrapiane i te błyszczące, które wyglądały jak małe cukierki. Potrząsnęła swoją torbą. „Klink-klink! Dzisiaj jest nasza Parada Kamyków!”
Jej przyjaciele zebrali się wokół. Flip był wysoki i opowiadał głupie żarty. Tuck był okrągły i silny jak śnieżka. Dot była tak szybka, że potrafiła narysować serce w śniegu jedną szybką stopą.
„Platformy najpierw!” – powiedział Tuck, sapiąc i pchając lodowe sanki w kształcie ryby.
„Baner następny!” – powiedziała Dot, rozwijając szalik, na którym było napisane: PARADA KAMYKÓW DZIARSKICH PINGWINÓW.
Flip wyciągnął mały bębenek z wiadra. „Bum-bum. Dreptać do rytmu!” Mrugnął. „Dlaczego ryba się zarumieniła? Zobaczyła dno oceanu!” Pingwiny jęknęły i zachichotały.
Pippa ustawiła swoje specjalne kamienie. „Ten zielony jest moim starterem. Ten w paski jest moim kapitanem. A ten błyszczący jest na wielki finał!”
Wtedy właśnie wietrzyk przemknął obok i zrobił ZUUUM!
Baner załopotał i pofrunął. „Moje litery!” – pisnęła Dot.
Torba z kamykami Pipy zsunęła się, zsunęła, zsuuuunęła – plusk! – w małą szczelinę w lodzie.
A mały Nib, najmłodsze pisklę w Ruchliwej Zatoce, podreptał za latającym szalikiem z szeroko rozłożonymi skrzydłami. „Baner! Baner!”
„Zastygnijcie jak lód!” – zawołał Flip, ale Nib chwiał się dalej w stronę chlupoczącej krawędzi.
Dot pomknęła przodem, rysując szybką pętlę w śniegu. „Nib, podążaj za zawijasem!”
Pippa zamrugała, a potem wpadła na jasny pomysł. Wyciągnęła trzy kamyki i postukała nimi o lód. „Klink! Klink! Klink!” Dźwięk stworzył wesołą ścieżkę. „Podążaj za klinkami!”
Nib zachichotał. „Klinki!” Odwrócił się i poczłapał wzdłuż małego muzycznego szlaku.
Tuck prześlizgnął się obok Pipy. „Zrobię most” – powiedział, brzuchem do przodu. Rozciągnął płetwy nad szczeliną, gdzie wpadła torba z kamykami.
„Mogę dosięgnąć!” – powiedziała Pippa, leżąc na solidnych plecach Tucka. Jej dziób trącił torbę. Prawie – prawie – ją miała–
Podstępny płatek śniegu połaskotał Pippę w nos. „A-psik!”
Echo sprawiło, że kamyki wyskoczyły z torby i potoczyły się jak maleńkie kule do kręgli. „Kliter! Klater! Klinketi-klak!”
Flip śmiał się tak mocno, że dostał czkawki. „Hik—hop! Hik—hop!” Jego czkawka brzmiała jak małe kangury.
„Ups!” – powiedziała Pippa, zaglądając do szczeliny. „Sprawiliśmy, że tańczą”.
„Więc zatańczmy też!” – powiedziała Dot. Pomknęła za uciekającymi kamykami i trącała je z powrotem palcami stóp, tap-tap-tap.
Razem utworzyli łańcuch dreptania – Flip trzymał Dot, Dot trzymała Pippę, Pippa trzymała torbę, a Tuck trzymał wszystkich.
„Na trzy” – powiedział Tuck. „Raz, dwa – zuuum!” Z delikatnym pociągnięciem torba wyskoczyła wolna. Kamyki obsypały lód błyszczącą posypką.
Dot zgarnęła latający baner, gdy przepływał obok, i wbiła go w zaspę śnieżną. „Oto! Parada uratowana”.
Pippa wypuściła powietrze. „Możemy użyć rozsypanych kamyków na naszą ścieżkę”. Położyła błyszczący kamień na przedzie. „Wigibasy, dreptanie, szus?”
„Wigibasy, dreptanie, szus!” – wszyscy wiwatowali.
Parada Kamyków się zaczęła. Flip bębnił: „Bum bum, klak klak!” Tuck ciągnął rybią platformę, mrużąc oczy z dumy. Dot kręciła banerem tak, że łopotał jak wstęga morskiej piany.
Pippa prowadziła, stukając kamykami po drodze. „Klink-a, klink-a, klink!” Pingwiny dołączały z każdych śnieżnych drzwi – Babcia Gęś ze swoim małym dzwonkiem, Wujek Lód ze swoim głośnym śmiechem, nawet śpiący Puff, który nosił szalik dłuższy niż foka.
Zjechali na brzuchach w dół łagodnego zbocza i dookoła bąbelkowej kałuży. „Szus!” – robiły ich brzuchy. „Plusk!” – robiła kałuża.
Nib maszerował obok Pipy, nadymając pierś. „Jestem Kapitan Klink!”
„Kapitanie Klink, skręć w lewo!” – powiedziała Pippa. Skręcili obok stosu kubków z muszli i stoiska sprzedającego patyki z wodorostów. Wietrzyk wrócił – ale tym razem pingwiny trzymały baner dziobami. Falował i falował, ale nie odfrunął.
Na końcu ścieżki Pippa uniosła swój błyszczący kamień. „Wielki finał!” Pingwiny stuknęły swoimi kamykami o siebie. „Kliketi-kliketi—KLIK!”
Dźwięk pomknął po lodzie jak wesołe łaskotanie. Mewy kiwnęły głowami. Morze powiedziało: „Szszszsz”, ale tylko dlatego, że było zajęte klaskaniem falami.
Pippa dała Nibowi kamyk w paski. „Dla odważnego kapitana”.
Nib promieniał. „Klinkuję ci” – powiedział, co sprawiło, że wszyscy się zaśmiali.
Nazwali zbocze Zboczem Apsik i obiecali paradować znowu w następny jasny, wietrzny dzień. I jeśli kiedykolwiek odwiedzicie Ruchliwą Zatokę, słuchajcie uważnie – możecie to usłyszeć: „Wigibasy, dreptanie, szus!” i radosny brzęk tysiąca szczęśliwych kamieni.


























