Niebieski autobus, szczery autobus
Każdego ranka niebieski autobus mruczał wzdłuż ulicy Klonowej, przyjazny jak wielki trzmiel. Jego drzwi wzdychały: — Psss, — a wycieraczki szeptały: — Szur-szur. Kierowca Gus nosił pasiastą czapkę i uśmiech, który marszczył jego policzki.
— Dzień dobry, Niebieski Autobusie! Dzień dobry, Gus! — powiedział Taye, wsiadając ze swoim plecakiem.
— Dzień dobry, pomocniku! — powiedział Kierowca Gus. — Znajdź swoje miejsce i licz przystanki dla mnie. Sprawimy, że to miasto zatańczy na czas.
Taye lubił miękkie, sprężyste fotele w kolorze tosta. Lubił widok z okna — ptaki na drutach, kota piekarnianego w oknie, czerwoną skrzynkę pocztową na rogu. Szczególnie lubił błyszczący żółty sznurek zatrzymania, który biegł wzdłuż ściany. Jeśli się go pociągnęło, rozlegało się dzyń.
Dzisiaj autobus zabrał Panią Bloom z jej kwiatami. Zabrał Pana Parka z jego pudełkiem na lunch. Zabrał Lilę i jej tatę, który niósł złożoną hulajnogę.
Niebieski autobus toczył się i mruczał, a Taye liczył: — Jeden przystanek... dwa przystanki... trzy... — Jego rękaw zahaczył o sznurek. Dzyń! Małe światełko zamrugało. Autobus zaczął zwalniać.
Brzuszek Taye'a zrobił małego fikołka. — Och — szepnął, patrząc na światło. — Nie chciałem tego zrobić.
Wsunął rękę pod siedzenie, mając nadzieję ukryć twarz, kiedy jego palce dotknęły czegoś gładkiego. Wyciągnął zieloną kartę na sznurku. Miała zdjęcie i słowo BILET wielkimi literami.
Taye spojrzał na kartę. Spojrzał na migające światło. Autobus syknął w stronę krawężnika. Pani Bloom zebrała swoje kwiaty. Pan Park przesunął pudełko na lunch. Tata Lili złożył hulajnogę jeszcze bardziej.
Taye stanął na palcach i pospieszył na przód. — Gus — powiedział, a jego głos był cichy, ale odważny — zrobiłem dzyń autobusem przez przypadek. Przepraszam. Nie muszę jeszcze wysiadać. I... znalazłem to pod siedzeniem.
Kierowca Gus zerknął na światło i kartę. Jego oczy zamigotały. Stuknął w mały przycisk. Światło przestało migać, a autobus toczył się dalej gładko. — Dziękuję, że powiedziałeś mi prawdę, Taye — powiedział, nie za głośno, po prostu ciepło. — Prawda pomaga mi sterować. A ten bilet — zobaczmy, komu go brakuje.
Odwrócił się w swoim fotelu i zawołał: — Czy ktoś zgubił zielony bilet autobusowy?
Pan Park poklepał się po kieszeniach. Jego oczy zrobiły się wielkie. — Och! To mój! Myślałem, że zostawiłem go na stole w kuchni.
Taye wyciągnął bilet. Pan Park wziął go obiema rękami. — Dziękuję, dziękuję — powiedział. — Teraz moja podróż do domu nie będzie kłopotem.
Niebieski autobus mruczał dalej, szczęśliwy jak kot w słońcu. Kot piekarniany patrzył z okna. Wycieraczki były teraz cicho. Taye wsunął się z powrotem na swoje siedzenie, jego policzki były ciepłe, ale lekkie jak piórka.
Na rogu Klonowej i Sosnowej Pani Bloom pomachała, wysiadając. Na Cedrowej i Dębowej Lila i jej tata zrobili dzyń celowo, a autobus podjechał do krawężnika jak w ukłonie.
Kierowca Gus zerknął na Taye'a w lusterku. — Pomocniku — powiedział — czy chciałbyś zawołać następny przystanek, kiedy będziesz pewien?
Taye kiwnął głową. Obserwował nazwy ulic i liczył w głowie. — Jeszcze nie... jeszcze nie... teraz! — Pociągnął delikatnie za sznurek. Dzyń!
Autobus zatrzymał się we właściwym miejscu, a drzwi powiedziały: — Psss. Taye uśmiechnął się na ten dźwięk. To było tak, jakby autobus też był szczęśliwy.
Kiedy nadeszła kolej Taye'a, by wysiąść, stanął z przodu i powiedział: — Gus? Dzisiaj powiedziałem ci dwie rzeczy. Jedna była pomyłką, a jedna znaleziskiem.


























