Jaś i magiczna fasola
Dawno, dawno temu, chłopiec o imieniu Jaś mieszkał ze swoją matką w maleńkiej chatce. Byli bardzo biedni. Ich jedynym skarbem była łagodna krowa o imieniu Mleczula, która dawała im mleko do picia i na sprzedaż. Pewnego roku pola wyschły, a Mleczula przestała dawać mleko. Matka Jasia westchnęła i powiedziała: „Musimy sprzedać krowę, Jasiu, albo nie będziemy mieli co jeść. Idź na targ i uzyskaj dobrą cenę”.
Więc Jaś wyruszył, prowadząc Mleczulę na linie. Wzdłuż drogi spotkał dziwnego małego człowieka z błyszczącymi oczami i sakiewką przy pasie. „Dzień dobry” – powiedział człowiek. „Dokąd prowadzisz tę piękną krowę?”
„Na targ” – powiedział Jaś. „Potrzebujemy pieniędzy na jedzenie”.
„Pieniędzy?” – powiedział człowiek. Otworzył dłoń i pokazał Jasiowi pięć fasolek – pulchnych, lśniących i w różnych kolorach. „To są magiczne fasolki. Zasadź je dziś wieczorem, a rano będziesz zdumiony. Wymienię te pięć fasolek za twoją krowę”.
Jaś pomyślał, że fasolki wyglądają rzeczywiście wyjątkowo. „Czy jesteś pewien, że są magiczne?” – zapytał.
„Tak pewien, jak tu stoję” – powiedział człowiek z ukłonem. Więc Jaś wymienił Mleczulę na fasolki i pośpieszył do domu, dumny i zadowolony.
Ale kiedy jego matka zobaczyła tylko fasolki, a nie pieniądze, jej twarz zbladła. „Ty głupi chłopcze!” – krzyknęła. „Nie możemy jeść fasolek, które nie istnieją!” W swoim gniewie i zmartwieniu wyrzuciła fasolki przez okno. „Do łóżka, bez kolacji!” – powiedziała.
Tej nocy Jaś leżał głodny i pełen żalu. Ale kiedy wzeszło słońce, przetarł oczy i sapnął z wrażenia. Za oknem wyrosła łodyga fasoli tak wysoka i gruba, że wyglądała jak zielona drabina pnąca się do chmur. Liście były duże jak talerze, a łodyga szorstka jak lina.
„Mamo!” – zawołał Jaś. „Fasolki były jednak magiczne!”
Ciekawy i odważny, Jaś chwycił łodygę fasoli i zaczął się wspinać. W górę i w górę szedł, wyżej niż drzewa, wyżej niż wzgórza, aż jego chatka wyglądała jak zabawka daleko w dole. W końcu dotarł na szczyt i wszedł do dziwnej krainy miękkich białych chmur. Niedaleko stał ogromny zamek z drzwiami wysokimi jak stodoła.
Jaś zapukał. Drzwi się otworzyły i bardzo duża kobieta spojrzała na niego z góry. To była żona olbrzyma. „Czego chcesz, mały chłopcze?” – zagrzmiała.
„Proszę pani” – powiedział Jaś, starając się być uprzejmym – „jestem głodny. Czy mógłbym dostać kęs jedzenia?”
Żona olbrzyma westchnęła. „Wpuściłabym cię, ale mój mąż jada chłopców na śniadanie. Mimo to wyglądasz na tak wygłodzonego”. Wpusciła go do środka i postawiła przed nim kawał chleba i dzban mleka. Jaś ledwo skończył, gdy cały zamek zadrżał.
Tup! Tup! Tup! Olbrzym wracał do domu.
Żona olbrzyma pospiesznie schowała Jasia do pieca i zamknęła drzwiczki, zostawiając je lekko uchylone, żeby mógł oddychać. Wmaszerował olbrzym, rycząc: „Fee-fi-fo-fum, czuję krew Anglika! Czy on żywy, czy on martwy, zmielę jego kości na chleb!”
„Bzdura” – powiedziała jego żona. „Czujesz chłopca, którego zjadłeś w zeszłym tygodniu. Usiądź i zjedz śniadanie”.
Mrucząc pod nosem, olbrzym zjadł całą pieczoną owcę i górę chleba. Potem zawołał: „Przynieś mi moje pieniądze!” Jego żona postawiła na stole wielką skórzaną torbę. Olbrzym rozwiązał ją i wysypały się z niej jasne złote monety. Liczył je, jedną po drugiej, aż powieki mu opadły i głowa zaczęła kiwać. Wkrótce chrapał tak głośno, że naczynia drżały.
Cicho jak mysz, Jaś wyślizgnął się z pieca, zarzucił torbę złota na plecy i pobiegł. Pędził przez chmury, zjechał po łodydze fasoli i wpadł w ramiona matki.
Kiedy zobaczyła złoto, jego matka zapłakała z radości i strachu jednocześnie. „Och, Jasiu, co ty narobiłeś?”
„Będziemy ostrożni” – powiedział Jaś. „Nie będziemy teraz głodni”.
Przez pewien czas złoto pozwalało im żyć w dobrobycie. Ale monety nie trwają wiecznie. Kiedy zniknęła ostatnia lśniąca moneta, Jaś znów spojrzał w górę na łodygę fasoli.
„Muszę wspiąć się z powrotem” – powiedział. „Będę ostrożny”.
Znowu wspiął się do chmur i poszedł do drzwi zamku. Żona olbrzyma zmarszczyła brwi, gdy go zobaczyła. „Ty znowu? Jeśli mój mąż cię znajdzie, z pewnością cię zje”.
„Proszę” – powiedział Jaś. „Tylko skórkę chleba i kryjówkę”.
Jej dobre serce uległo. Ukryła Jasia w miedzianym garnku przy ogniu. Wkrótce, tup! tup! tup! Olbrzym wpadł z hukiem.
„Fee-fi-fo-fum! Czuję krew Anglika!”
„Ty i twój węch!” – warknęła jego żona. „Jedz obiad”.
Po połknięciu jedzenia wystarczającego dla dwudziestu ludzi, olbrzym powiedział: „Przynieś mi moją kurę!” Jego żona przyniosła małą brązową kurę i postawiła ją na stole.
„Znoś!” – ryknął olbrzym. Kura nastroszyła pióra i zniosła jasne złote jajko. „Dobra kura” – powiedział, i wkrótce oczy olbrzyma zamknęły się i zaczął chrapać.
Jaś wyślizgnął się z garnka, zgarnął kurę i pobiegł tak szybko, jak niosły go nogi. Zszedł po łodydze fasoli, a kura gdakała cicho w jego ramionach.
„Znoś” – szepnął Jaś, gdy dotarł do chatki. Kura zniosła złote jajko. Jaś i jego matka byli znów bezpieczni, trzymali kurę w ukryciu i dbali o nią dobrze.
Ale po pewnym czasie Jaś przypomniał sobie jeszcze jedną rzecz, którą widział: złotą harfę spoczywającą na stole, której struny lśniły jak światło słoneczne. Chciał ją znowu zobaczyć. Więc po raz trzeci Jaś wspiął się na łodygę fasoli.
Tym razem żona olbrzyma nie otworzyła drzwi. „Nigdy więcej, mały chłopcze. Kłopoty chodzą za tobą” – powiedziała i zamknęła drzwi szczelnie. Więc Jaś wślizgnął się przez okno i schował za kotłem.
Tup! tup! tup! Olbrzym wrócił wcześniej do domu. „Fee-fi-fo-fum! Czuję krew Anglika!” – ryknął. Szukał pod stołami i za beczkami, ale Jaś siedział bardzo cicho.
„Przynieś mi moją harfę!” – rozkazał w końcu olbrzym. Jego żona postawiła na stole piękną złotą harfę. „Śpiewaj!” – powiedział, a harfa zaśpiewała słodkie pieśni, które brzmiały jak wiatr w drzewach i woda na kamieniach. Ciężkie powieki olbrzyma opadły. Wkrótce chrapał głośniej niż kiedykolwiek.
Jaś wyskoczył ze swojej kryjówki, chwycił harfę i pobiegł. Ale harfa krzyknęła czystym głosem: „Panie! Panie!” Olbrzym obudził się gwałtownie i zobaczył Jasia uciekającego. Z krzykiem zerwał się i ruszył w pościg.
Jaś pędził przez chmury i wskoczył na łodygę fasoli. Schodził w dół szybciej, niż kiedykolwiek wcześniej. Harfa przywierała do jego ramienia, brzęcząc ze strachu. Nad nim łodyga fasoli trzęsła się, gdy olbrzym schodził za nim.
„Mamo!” – krzyknął Jaś, gdy dotarł na ziemię. „Przynieś mi siekierę!”
Jego matka wybiegła z siekierą. Jaś rąbał łodygę fasoli z całej siły. Ciach! Ciach! Łodyga fasoli zadrżała i zaczęła się przechylać. Gdy upadła, olbrzym stracił chwyt, runął w dół i zniknęła daleko w dole. Nigdy go już nie widziano ani o nim nie słyszano.
Jaś i jego matka stali drżąc, a potem mocno się przytulili. Zatrzymali kurę, która znosiła złote jajka, i śpiewającą harfę, i odtąd mieli wszystko, czego potrzebowali. Niektórzy mówili, że olbrzym ukradł te skarby ojcu Jasia dawno temu, więc po prostu wróciły wreszcie do domu.
Jaś stał się lepszy i mądrzejszy po swojej wielkiej przygodzie. Pomagał matce, ciężko pracował i nigdy nie zapomniał dźwięku liści szeleszczących na łodydze fasoli, która sięgała nieba.











